W poszukiwaniu BIESZCZADZKICH ANIOŁÓW

W POSZUKIWANIU BIESZCZADZKICH ANIOŁÓW

 

Jak co roku w naszej szkole uczniowie mieli możliwość wyruszyć poza mury szkoły, by poznawać piękno ojczystej ziemi. Tym razem dwudniową wycieczkę nasi wychowankowie odbyli w Bieszczady. Organizacją zajął się, jak zawsze niezawodny, pan Przemysław Lasek. To dzięki niemu nie było czasu na nudę, a koszty wyprawy nie zrujnowały doszczętnie domowego budżetu.

01 czerwca, o dosyć przyzwoitej porze, wyruszyliśmy ku przygodzie. Pierwszy przystanek to Sanok i muzeum etnograficzne. Podobały nam się chaty, sprzęt (o którego istnieniu już zapomnieliśmy) oraz pomysłowość mieszkańców dawnych lat. Zachwyciły nas dawne cerkwie, ikony i… pamiątki.

Drugi przystanek to monumentalne ruiny klasztoru – warowni ojców Karmelitów Bosych. To jeden z nielicznych zachowanych klasztorów warownych w Polsce i na ziemiach dawnej Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ruiny klasztoru są wpisane do rejestru zabytków nieruchomych. Piekące słońce nie było w stanie przeszkodzić naszym wędrowcom, którzy wspinali się na wieżę widokową, by podziwiać piękno Bieszczad.

Trzeci punkt na naszej trasie to Muzeum Przyrodnicze Bieszczadzkiego Parku Narodowego w Ustrzykach Dolnych. Tu nie tylko zwiedzaliśmy. To była najprawdziwsza lekcja historii, przyrody, geologii, biologii itd. Znakomity pomysł i przepiękny sposób zaprezentowania, przybliżenia turystom fauny i flory tutejszego regionu. Uczta dla oczu! Myślę, że nasi uczniowie najlepiej zapamiętają ćmę (zmierzchnica trupia główka) i gipsowy odlew nosorożca włochatego znalezionego w Staruni na Podkarpaciu, w warstwach ziemi przesyconej solanką i ropą naftową.

Ostatnim przystankiem pierwszego dnia była miejscowość Solina. Podziwialiśmy największe sztuczne jezioro i gigantyczną tamę. To nie tylko zbiornik retencyjny, lecz również Elektrownia Wodna, która przetwarza odnawialne źródła energii.

Po spacerze wzdłuż zapory i po „zwiedzeniu” kramów z pamiątkami udaliśmy się do miejscowości Przysłup, gdzie w Siedlisku Brzeziniak zostaliśmy zakwaterowani.

Zmęczenie odeszło jak ręką odjął i zaraz po obiadokolacji mogliśmy zagłębiać się w najdalsze zakątki malowniczego pensjonatu. Miejsce godne polecenia. Gdy nasi podopieczni już odwiedzili się nawzajem, pobiegali i rozprostowali kości nadszedł czas na ognisko – grill. Gospodarze udostępnili nam specjalne miejsce, gdzie wszyscy mogli przed snem się jeszcze posilić i porozmawiać. A potem? Cóż, dla niektórych (mam na myśli wychowawców) była to baaardzo „krótka” noc.

            Drugiego dnia Bieszczady płakały na myśl o naszym odjeździe. To znaczy, że od rana padał deszcz. Dla nas był to dzień przeznaczony na wyjście w góry. Co robić?
– to pytanie zadawali sobie nauczyciele obserwujący zachmurzone niebo. Decyzja zapadła szybko – idziemy! Być w górach i przestraszyć się małego dżdżu? To nie w naszym stylu. I co? I wyszli wszyscy!!!  Oczywiści najmłodsi, uczniowie klasy IV, byli – pierwsi. Im to nie straszna żadna pogoda. Zaś Kacper Kmiecik i Bartek Sęk byli jak Chuck z Angry Birds tzn. byli wszędzie – raz na początku, za moment na końcu, by za sekundę pojawić się znów w czołówce. Było EKSTREMALNIE! Z pewnością ten wyjazd zapamięta każdy – zwłaszcza drogę powrotną z Wetliny, w czasie której miały miejsce polowania na zająca. Co to jest? Wie to każdy, kto w czasie deszczu schodził po śliskim terenie. Gdy dotarliśmy na parking niebo przestało płakać, lecz o krok od rozpłakania się był pan kierowca, którego „wzruszył” widok obłoconych butów, spodni… .

     Tak, ten wyjazd na pewno na długo pozostanie w naszej pamięci. Dziękujemy gospodarzom, sympatycznemu i wyrozumiałemu panu kierowcy, wychowawcom-opiekunom ( Renacie Palińskiej, Jolancie Węgierek, Przemysławowi Laskowi, Kindze Nalepie – Piątek, Annie Sochackiej) i organizatorom – dziękujemy, panie Przemku!