Legendy o Nowosielcach

Legendy nowosieleckie

Legenda o bohaterskim wójcie Michale Pyrzu

W czerwcu 1624 roku Kontymir wraz ze swymi ordami wkroczył na rzeszowszczyznę. Niszczył, palił i pustoszył wszystko co po drodze napotkał, a ludzi zabierał na jasyr.
Na trasie marszu hordy znalazła się miejscowość Nowosielce.
Mieszkańcy tej malowniczo położonej wioski żyli spokojnie, dostatnio, lecz nie trwało to wiecznie. Myśl, że mogą zostać zaatakowani przez Tatarów zburzyła im spokój. Gdy ówczesny wójt Michał Pyrz dowiedział się o tej strasznej wieśći, zaczął coraz więcej rozmyślać, co począć w razie ataku. Był mądrym i cieszącym się szacunkiem wodzem, dlatego nowosielczanie ufali mu bez reszty.
Pewnej nocy Michał miał okropny sen. Śniło mu się, że widzi swą wioskę doszczętnie zniszczoną przez Tatarów, a ludność Nowosielec wziętą w jasyr. Na końcu sznura z więźniami idzie jego żona i woła do niego o pomoc. Lecz on nie może ruszyć się z miejsca i patrzy na błagalne spojrzenia Nowosielczan.
Nagle budzi się cały spocony i zdenerwowany. Rozgląda się dookoła i biegnie do izby, gdzie śpi jego żona. Wreszcie wraca i uświadamia sobie, że to był na szczęście tylko sen. Lecz jako mądry człowiek, wie że nic nie bierze się z niczego. Dlatego nie może ponownie zasnąć.
Niespodziewanie słyszy dziecięcy głos, który woła: „Tatulu, tatulu ratuj się, ratuj Nowosielce!”. Teraz przestraszył się nie na żarty. Wiedział, że nie woła do niego ani jego syn, ani jego żona. To był głos małej dziewczynki. Biegnie wójt ile ma sił w nogach na cmentarz, gdzie leży jego pochowana córka. Podchodzi do grobu i mówi:
– ” Nic z tego nie rozumiem, Jagusiu, przecież to nie mogłaś być ty! Nie mogłaś! Nie mogłaś, więc kto?” Zwaraca swe oczy ku niebu: „Panie, pomóż! Boże pomóż mi wszystko zrozumieć!”
Gdy skończył modlitwę i chciał już odejść ujrzał swą córkę. Promieniała blaskiem.
– „Tatulu, tatulu, ratuj się! Ratuj Nowosielce!” – woła uporczliwie Jagusia.
– ” Przed czym mam ratować?” – spytał niepewnie.
– „Tatarzy nadejdą! Uciekajcie!”
– „Kiedy!?”
– „Niedługo! Tatulu, ja już muszę odejść!”
– „Jaguś, córeczko!…”
Chciał ją złapać za rękę, lecz tylko zamachnął dłonią w powietrzu. Rzucił się na ziemię: „Boże, czy to sen czy jawa jakaś? Stwórco, daj mi jakiś znak, że nie śnię”. Po tych słowach spojrzał na ziemię i ujrzał tam różyczkę.
– „Taka sama jak.. jak Jagusi” – rozmyślał głośno. Uświadomił sobie, że to jest znak.
Przybiegł do domu i woła:
– „Wstatwajcie, wstawajcie, Tatary nadchodzą!”
– „Tato, jakie Tatary?” – pyta zaspany syn.
– „Michał, hordy nadchodzą? Gdzie? Skąd?”- krzyczy żona
– „Będą tu niedługo. Pakujcie dobytek. Ty, Kazik, idź budzić mieszkańców, a ja biegnę do kościoła zabić w dzwony na trowgę!
Nie zwracając uwagi na ciemności, które go otaczały biegł na ile mu sił starzyło. Gdy wszedł do świątyni zastał tam modlącego się proboszcza.
– „Niech będzie pochwalony”- zasapał Pyrz.
– „Na wieki wieków! Miachale, co się to po nocy skradacie?”
– „Boże mój święty, Tatarzy nadejdą w niedługim czasie. Proszę księdza, trzeba bić w dzwon na alarm!”
– „Jezu chroń nas od zniszczenia!” – proboszcz zwrócił swe oczy na wizerunek ukrzyżowanego Chrystusa. – „Biegnij co prędzej na dzwonnicę, ja tym czasem pochowam święte relikwie”.
Michał szybko spełnił polecienie ksiądza.
W całych Nowosielcach powstał gwałt i rumor. Wójt zwołał do kościoła radę starszych. Wszyscy krzyczeli, z każdego kąta dał się słyszeć jęk paniki.
Pyrz próbując opanować sytuację krzyknął swym potężnym głosem:
– „Na miłość boską, proszę was uspokójcie się!”
Gdy Nowosielczanie trochę ucichli, rzekł:
– „Rozumiem wasz strach, lecz nie możemy się poddać! Nie damy obcym wkroczyć na naszą nowosielecką ziemię! Tu nasi ojcowie się wychowali, myśmy się wychowali, wnuczęta nasze tutaj wyrosną! Nie będziemy uciekać! Nie damy, by stopa Tatarzyna przekroczyła próg tej świątyni! Musimy przygotować się do obrony! Ty Kaziu, Radku i Rafale, pojedziecie na konich by sprawdzić, gdzie są. Dobrze chłopcy?”- zapytał.
– „Juści, tatko!” – i ruszyli co prędzej w drogę.
– „Musimy się dobrze przygotować. Niech każdy bierze co może z domu i zakopie w lesie, tam się ostoi. Kobiety niech wykopią ziemniaki, przykryją je mchem i liśćmi i tam się schronią. My, chłopcy, musimy zadbać o obronę. Trza podnieść zwodzony most, przygotować palisady pod wodą fosy obronnej i wokół kościoła. Możemy też zrobić pułapki, wykopać, zamaskować je, a w środku umieścić ostrokoły. Musimy sobie poradzić!
– „Tak, poradzimy sobie!”- wołali mieszkańcy Nowosielec, w których wójt wlał ducha walki i zwycięstwa.
Gdy wszyscy się rozeszli, wójt został sam w kościele i modlił się o ocalenie.
– „Boże, pomóż, nie pozwól by Twoi słudzy zginęli z niegodnej ręki! Boże, zlituj się nad nami!”
– „Panie wójcie?”- spytał cicho Bartłomiej.
– „No co tam?”
– „Wrócili wasi synowie”
– „Dawaj ich czym prędzej!”- rzekł przejęty Pyrz. Po chwili ujrzał sylwetki trzech młodzieńców. Szli bardzo powoli, wójt od razu poznał, że nie mają dobrych wieści.
– „Mówcie, nie zniosą dłużej niepewności!”- powiedział.
– „Są blisko, w Markowie, niedługo tu dotrą”- rzekł Radek.
– „Tato, ja nie chcę tak po prostu zginąć…” – rzekł płaczliwym glosem drugi.
– „Nie mów tak, słyszysz!” – krzyknął Pyrz.
Po chwili synowie poszli pomóc pozostałym w przygotowaniach do obrony, a wójt znów powrócił do modlitwy. Klęczał tak chwile w niemym rozmyślaniu, po czym westchnął z głębi swego strapionego serca”
– „Pani, pomoż, zlituj się, błagam…”
Spojrzał na wizerunek nowosieleckiej Matki i nagle kątem oka zobaczył obok ołtarza drzwi prowadzące do podziemi. Wyskoczył z ławki, pobiegł w tę stronę, upadł znów na kolana i zawołał:
– „O Matko litościwa, dzięki Ci! Ty mnie nigdy nie opuściłaś!”
Wybiegł jak z procy kierując się w stronę księdza.
– „Proszę księdza, czy są w kościele podziemia?”
– „Gdzieś na pewno są, lecz gdzie – nie wie nikt”
– „A ja wiem! – pochwalił się – Proszę iść za mną”
– „No nie, tego jeszcze nie było, żeby proboszcza po jego własnej świątyni oprowadzali!” – zażartował ksiądz Kisiel.
Michał wziął pochodnię i wraz z proboszczem zeszli na dół po schodach. Było tam ciemno i ponuro. Znać było, że od wieków nikt tam nie zaglądał. Gdy wrócili zwołali chłopów, razem uporządkowali piwnice, by mieć pewne schronienie na wypadek wtargnięcia Tatarów do kośćioła. Od razu ukryto tam niedołężnych straców, którym za daleko było do lasy. Na wieży kościoła ustawili śmigłowicę zgromadzili cepy, widły, kosy przygotowali wiadra do gorącej wody i słomy. Gdy uporali się ze wszystkim, świt już nastał.
Nagle przybiegł zdyszany Jasiek i woła:
– „Tatarzy niedaleko rozbili swój obóz, śpią jeszcze, a koni nikt nie pilnuje!”
– „Cóż chcesz zrobić?” – spytał Michał.
– „Ja i Bartłomiej mamy niezły plan”- oznajmił pastuch.
– „Tylko uważajcie na siebie!”
Gdy Jasiek powiedział Bartkowi o swoich planach, ten wyśmiał go i odszedł, lecz pastuch zbytnio się tym nie przejął. Wkrótce do Michałą doszła wiadomość, że Jasiek zaginął. Postanowili go razem poszukać. Gdy byli pół kilometra przed obozem Tatarów ujrzeli Jaśka pędzącego na jednym z tatarskich koni, a za nim pędzący cały tabun. Zdziwienie było równie wileki jak radość. Niebawem ujrzeli Tatarów biegnących pieszo w stronę ich kościoła.
Teraz Michał był pewny zwycięstwa.
Wkrótce rozległy się krzyki i jęki Tatarów niespodziewających się takiej mężnej obrony ze strony Nowosielczan. Pierwsze starcie wygrane, lecz oprawcy, nie rezygnując, ponawiają swój atak. Michał dowodził całą akcją jak na starego żołnierza przystało. Smoła lała się z góry, kule od śmigownic świstały a trup tatarski stał się gęsto. W kościele ksiądz Kisiel odprawiał na klęczkach modły, błagając o wstawiennictwo Najświętszą Panienkę.
Po trzech dniach zabrakło kul do śmigownic, więc Franek Dudek wkłada łańcuch i jako wyśmienity strzelec celuje prosto w wodza Tatarów – i nie chybił! Lecz Tatar przed śmiercią zdążył jeszcze strzałę wypuścić – ta leci – o zgrozo! – prosto w wójta. Utkwiła w ramieniu dzielnego wodza.
Tatarzy pozbawieni dowódcy wybrali najwłaściwszą drogę – ucieczkę.
Chłopi szybko pobiegli do lasu po kobietę, która zna się na zielarstwie, by rannych, a przede wszystkim Michała do zdrowia przywróciła.
Radość nieopisana nastała wśród Nowosielczan, jako że wiedzieli, że Tatarzy nie wrócą po stracie wodza. Postanowili zrobić wielką biesiadę, jednako Michał zaprotestował:
– „Ja wolałbym nabożeństewo do Maryi Panny. To ona wieś i mnie obroniła”.
Zebrali się więc wszyscy w ocalonym kościele, by podziękować Opatrzności za zwycięstwo i dzielnego Pyrza.
Po kilku dniach, gdy mieszkańcy porządkowali wszystko, pojechali ze świata dwaj młodzieńcy oznajmić, że po przegranej z Nowosielcami Tatarzy wycofali się z ziem polskich.
Nikt wtedy nie przypuszczał, że 330 lat po tym wydarzeniu wierni obywatele Nowosielec i okolicznych wiosek usypią ogromny kopiec ku czci wójta, który pokazał, że zwykły polski chłop potrafi stawić czoła tatarskiej ordzie.