Święte Jezioro

jezioro_nowosielce

Nasze święte nowosieleckie jezioro ma bardzo ciekawą historię.

Miejscowa legenda podaje, że bardzo dawno temu na terenie obecnego jeziora stał kościół, w którym zamożna dziewczyna chciała wziąć ślub z biednym chłopcem. Jednak jej matka nie chciała dopuścić do tego mezaliansu. Przeklęła więc chłopaka, dziewczynę i kościół. Świątynia zaczęła się zapadać wraz z ludźmi, którzy tam byli,, a na tym miejscu pojawiła się woda.

Druga wersja legendy podaje, że bogata dziewczyna zaręczyła się w tym kościele z chłopcem. Niestety, ślub odłożono, gdyż młodzieniec poszedł na wojnę. Dziewczyna okazała się niewierną. Powracający z wojny chłopiec wszedł do świątyni właśnie w chwili, gdy jego narzeczona brała ślub z innym. Przeklął ich, kościół się zapadł, miejsce to zalała woda.

Po wielu, wielu latach dziewczyna pasąca nad jeziorem świnie zauważyła wyrytą przez jedną z nich różową wstążeczkę. Dziewczę mocno pociągnęło za wstążkę i wyciągnęło dzwon, co świadczy niezłomnie, że kiedyś na tym miejscu stała świątynia. Dzwon ten, prawdopodobnie, znajduje się do chwili obecnej w Kosinie.

Ludowy artysta, Stanisław Kiełb, mieszkający w Kosinie, tak opisuje to wydarzenie: ( tekst pochodzi ze zbiorów prywatnych p. dyr. E. Sowy)

„Cesin” („Tesin”)

Za polami za góreczką

Jest przepiękne jezioreczko.

Gmina Łańcut ma go w pieczy

Dzieją się tu dziwne rzeczy.

To są dziwy niepokoje

Ta nazwa „ Jeziorko Święte”

Tu gdy wiatr leciutko dmucha

I gdy ktoś się dobrze wsłucha.

To usłyszy smętne tony

Więc przystanie urzeczony.

Słuchać śpiewy, jakieś żale

Jakby dzwony biły w dali.

Potem wszystko się urywa

Czasem tylko pluśnie ryba.

Ktoś zapyta skąd się wzięło.

To nie ludzkie jest że dzieło.

A jak było w dawnej dobie

Na tej karcie wam opowiem.

To nie „Świteź” Mickiewicza,

Który serca nam zachwyca.

I legendy nam serwuje

Jak faktami operuję.

A że jestem prawdy bliski

O tym świadczą też zapiski.

W Białobokach koło Gaci

Stał zameczek jak się patrzy.

W zamku mieszkał hen przed laty

Stary komes dość bogaty.

Miał córeczkę piękną Cesię,

Tak przynajmniej fama niesie.

Córka była na wydaniu

I myślała o kochaniu.

O rycerzu pięknym, który

Z dala jeździł na konkury.

Lecz ich serca wnet zasmuca

Pachoł który wici rzuca.

On od króla prosto bieży

Na wyprawę chce rycerzy.

Już nie było czasu wiele

Aby sprawić im wesele.

Lecz na prośbę tej dziewczyny

Wyprawiono zaręczyny.

Obok zamku całkiem blisko

Stał kościółek na bagnisku.

Kościół z drzewa postawiony

Z zewnątrz gontem obłożony.

A obronny był bagnami

Palisadą i wałami

On przed ordą był chroniony

Która ciągła tu w te strony.

W tym kościółku oblubieniec

Podarował jaj pierścienie.

Ona jemu szkaplerz dała

Znak, że bardzo go kochała.

Przysięgali tu z pokorą

Że po wojnie się pobiorą.

Gdy wyprawa się przeciąga

Cesia wkoło się rozgląda.

Szuka wokół kawalera

Bo ją wianek już uwiera.

Ojciec prosi i przekłada

Że to wcale nie wypada.

Bo jest przecież zaręczona.

I co z tego? Rzecze ona.

To wietrznica jest rasowa.

Nie strzymała swego słowa.

I gdy przyszli konkurenci

Wnet oddała swoją rękę.

Tak to zeszło ze dwa lata

I skończyła się krucjata.

A widziano świat na czarno

Bo król zginął gdzieś po Warną.

Wrócił rycerz w swoje strony

Do swej lubej narzeczonej.

I chcąc złożyć dzięki Bogu

Stanął na świątyni progu.

Lecz co widzi u ołtarza?

Jego luba twarz obnaża.

Woal z twarzy swej zdejmuje

A ktoś obcy ją całuje.

Znak to jest niezaprzeczalny

Że ślub był sakramentalny.

Poczuł rycerz wielki żal

Jakby wbito go na pal.

Ręką pot z czoła ociera

Błędnym okiem tam spoziera.

Kędy luba jego stoi

Która Boga się nie boi.

Bo przysięgła mu w tym miejscu

Że to jego ma w swym sercu.

Tu już prośby nie pomogą

Więc zapłonął zemstą srogą.

I do boku swego sięga

Tam gdzie zwisa ostra klinga.

Towarzysze jego zbledli

I do niego wraz podbiegli.

Świętość miejsca przedkładając

Od zamysłu odwracając.

Przetarł oczy biedaczysko

Już wychodzi na boisko.

Lecz wstrzymuje się w pół kroku

I znów ręką maca z boku.

Tam gdzie serce się znajduje

Tam gdzie teraz gorycz czuje.

I wyciąga szkaplerz gruby

Który dostał od swej lubej.

Który był mu bardzo drogi

Teraz rzuca jej pod nogi.

I w te słowa mówi co niej

„Niech cię woda tu pochłonie”.

Gdy zaklęcie takie pada

Kościół zatrząsł się w posadach.

Ani chwila nie minęła

Gdy go woda pochłonęła.

Wszędzie woda się rozlewa

Tam gdzie cmentarz i gdzie drzewa.

A co pozostało wokół ?

Kilka grobów i częstokół.

Tak przez płochość białogłowy

Zginął kościół barokowy.

A z zamczyska tej dziewczyny

Pozostały dziś ruiny.

Gdy porosły brzegi sitem

Spoglądano nań z zachwytem.

Tam czyściutka woda była

I do picia też służyła.

A gdy zeszło latek wiele

Poszło dziewczę prać pościele.

Śmiga w ręku kijaneczka

Wokół nóżki zaś wstążeczka.

Już zaczęła wstążkę zwijać

Patrzy a tu kościół widać.

Wynurza się już cała wieża

Wokół widać różne drzewa.

Słychać śpiewy no i dzwony

To tak jakby świat wyśniony.

Zatrwożyła się dziewczyna

Zamiast ciągnąć to przeklina.

Gdy przekleństwo z ust jej pada

Kościół znowu się zapada.

To jest znak od Boga chyba

Żeby przekleństw nie używać.

A jeziorko wszyscy znamy

I „Cesinem” nazywamy.

To niedawne są już czasy

Gdy tam folwark miał wypasy.

Paśli bydło no i świnie

Przy jeziorku przy „Cesinie”.

Świnie mają to do siebie

Gdy są w błocie to jak w niebie.

Raz gdy ryły tu moczary

To wyryły dzwon prastary.

Gdy pastuchy go ujrzeli

To wołami go ciągnęli.

A gdy znalazł się na brzegu

To dziewczęta myły jego.

Gdy wieść poszła po regionie

O wyrytym tutaj dzwonie.

Dużo chętnych było zaraz

Aby dzwon do siebie zabrać.

Lecz co dzieje się u diaska

Dzwon się nie da wziąć i basta.

Gdy z Białobrzeg przyjechali

Cztery konie zaprzęgali.

Dzwon wsadzili na wóz duży

I ruszyli do podróży.

Ujechali chyba z milę

A tu trach i dość i tyle.

Koniom nogi jakby wrosły

Choć je bito to nie poszły.

Co tu robić każdy myśli

Wtem z Kosiny ludzie przyszli.

Z nimi ksiądz idzie sędziwy

On też widzieć chce te dziwy.

Bardzo mądry był księżyna

On od modłów rozpoczyna.

Potem wodą dzwon pokropił

I sznur długi wziął z konopi.

Sznurem wiąże niczym zwierzę

Znak że go w opiekę bierze.

I tu znowu nowe dziwy

Dzwon się staje niczym żywy.

Na wóz inny dał się wtoczyć.

Lecz gdy chciano z drogi zboczyć

Wóz zatrzeszczał bardzo wrogo

Więc jechano prostą drogą.

Tak na wozie dwie szkapiny

Ciągły dzwon ten do Kosiny.

Tam gdzie kościół był drewniany

Tak mówili parafiany.

Teraz nowy kościół mamy

Ten to jest już murowany.

Przy nim wieża jest wysoka

Którą widać już z daleka.

Na niej dzwon ten dziś spoczywa

„Świętym Janem” się nazywa

A gdy ma ktoś wprawne ucho

I uważnie się przysłucha

To usłyszy niczym w kinie

Jak on znalazł się w Kosinie.

Bim, bam „Święty Jan”

Trzoda mnie wyryła,

Dziewka mnie umyła

Bim, bam „Święty Jan”.

Komentarze są tu zbędne

Ja tych faktów nie przysięgnę.

A com słyszał wysłuchałem

I tu wszystko opisałem.